Norfolk #2

Hotel, w którym się zatrzymałem był żywcem wyjęty z horroru. Długi rząd pokoi hotelowych zatopionych w strugach deszczu. Nieoświetlony, prawie pusty parking i szum, a właściwie huk oceanu tłumiącego ludzkie kroki. Nic tylko czekać na wizytę psychopaty, który dzieli się dobytkiem ofiar z właścicielem hotelu. Przyjemność kosztowała 40$. Za tyle można spędzić noc 30 metrów od oceanu.
Starsza meksykanka pracująca w recepcji znała angielski, ale z matematyką miała już problemy i nie bardzo widziała różnicę pomiędzy trzema centami a trzema dolarami (przy wydawaniu reszty oczywiście). Po wpisaniu na listę gości dostałem kartę i hasło do internetu.
W pokoju znajdował się telewizor (CRT), klimatyzator, duże łóżko i lodówka. Po kilku minutach odłączyłem lodówkę bo pracowała tak głośno, że zagłuszała telewizor. Na szczęście klimatyzator pracował cicho i nie trzeba było go wyłączać. Z TV grającym w tle rozpakowałem się i zabarykadowałem drzwi.
W USA jest bardzo dużo telewizji kablowych o lokalnym zasięgu, które wykupują licencję na dostęp do kanałów (np. AMC czy starz) płacąc za każdego abonenta. Kablówka podłączona w hotelu miała same lokalne kanały i VH1, na którym leciały Nagie Randki. Myślałem, że programy typu Warsaw Shore czy Jersey Shore są rozrywkowym szczytem, ale byłem w błędzie.
Kilka minut po północy uruchomił się alarm. Wył przez pięć minut po czym nastała cisza. Czemu się włączył? Kto go wyłączył? Czy coś się komuś stało? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy…
Po burzy z poprzedniego dnia nie został nawet ślad. Niebo było bez jednej chmurki, a ja wymeldowałem się z hotelu i ruszyłem do bazy. Po drodze odwiedziłem sklep z komiksami, grami planszowymi i figurkami. W polsce mniej popularne gry (np. Attack Wing) mają po kilka sztuk produktu na sklep. W USA były pułki były pełne, a na piętrze można było pograć z kolegami.
Brama numer 5 jest jedynym wejście z jakiego mogą korzystać cywile bez przepustek. Podszedłem do biurka i zacząłem rozmawiać z panią, która wydawała zgody. W pewnym momencie weszliśmy na temat celu mojej wizyty:
– Chcę zobaczyć lotniskowce.
– Ale w bazie nie ma w tej chwili żadnego.
– Dlaczego?
– Wypłynęły w morze na ćwiczenia.
– A kiedy?
– Nie wiem – odpowiedziała.
– A kiedy wrócą?
Pani spojrzała się na resztę personelu, którego jedna połowa oglądała Star Trek, a druga mi się przypatrywała i powiedziała:
– To jest tajna informacja. Poza tym ma pan torbę podróżną, a z nią nie można wejść do bazy.
A ja jej odpowiedziałem:
– A nie mogę jej tutaj na przechowanie zostawić?
Oczywiście nie mogłem. Teoretycznie byłem w kropce, ale podstawa w życiu to improwizacja i adaptacja. Poczekałem kilka minut i kiedy pojawili się inni ludzie chętni na wizytowanie Naval Station Norfolk zapytałem czy nie mogę zostawić u nich swojego bagażu.
Zgodzili się.
Baza jest bardzo duża, ale największe wrażenia robią okręty. Widziałem statek desantowy i niszczyciele. Wydawały się olbrzymie, a biorąc pod uwagę, że lotniskowiec jest od nich kilka razy większy to trudno go sobie wyobrazić. Niestety w galerii nie mam zdjęć okrętów i chyba nie muszę pisać dlaczego.
Jeżeli chodzi o stan osobowy to baza wydawała się pusta. Trochę marynarzy na pirsach i tyle. Zawsze myślałem, że wszędzie powinno być dużo ludzi. Biegający żołnierze w dresach albo spacerujący oficerowie. Jeździło trochę samochodów i tyle, wszędzie było pusto.
Po wyjściu z bazy sprawdzałem drogę na przystanek, którym mogłem się dostać na terminal autobusowy i wtedy podjechał samochód, w którym była jedna z pań, które spotkałem w bazie. Zatrzymała się i zaczęła:
– Wskakuj, podrzucę cię.
– Ale nie wiem czy będzie pani pasowało.
– A gdzie chcesz się dostać?
– Na terminal Grey Hounda.
– A, to w tym samym kierunku.
Wsiadłem i po minucie jazdy wypaliła:
– Dlaczego tak się pytałeś o lotniskowce?
Wystraszyłem się wtedy i zacząłem dukać coś o książce, o wątkach i zwiedzaniu miejsc gdzie dzieje się akcja. Salwa śmiechu z jej strony mnie uspokoiła, ale jak dodała, że chcieli wzywać ochronę to przestało mi być do śmiechu.
Do autobusu miałem jeszcze dużo czasu więc wybrałem się na zwiedzanie Norfolk i po raz pierwszy w USA miałem okazję zobaczyć tramwaj. Przeszedłem się po głównej ulicy i wszedłem do restauracji. Jak się okazało poza godzinami lunchowymi (12-15) nie serwowali tam pierwszych dań, ale na moje szczęście burgery były klasyfikowane jak przekąski.
Jak już jestem przy jedzeniu to dodam jeszcze, że KFC w USA jest niezjadliwe. O ile Mc’Donalds jest taki sam to KFC jest zupełnie inne. Kurczaki wyglądają na panierowane w piachu, a frytki w mące.
Późnym wieczorem przyszedł czas na kurs powrotny do Nowego Yorku i kiedy opuszczałem Norfolk myślałem sobie na temat różnic w między poszczególnymi stanami. Pewien mądry człowiek napisał, że USA to kraj kontrastów, twierdzę podobnie, mimo że widziałem dopiero mały kawałeczek.

PS. Na Flickrze nowe zdjęcia.
PS2. Zdjęcie na górze to hotel, w którym nocowałem. Tak ma basen. Hotel za 40$ ma basen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *