Wydostanie się z Charlottesville (tak żeby wylądować w Norfolk) okazało się trudniejsze niż zakładałem. O ile w studenckim miasteczku autobusów jest dużo, tak już w samej Wirginii poruszanie się bez samochodu jest typowo amerykańskie i poziomem trudności przypomina schodzenie ze schodów a’la Wilk z Wall Street.
Dzięki temu miałem przyjemność spotkać jednego z najciekawszych ludzi z jakimi miałem do tej pory styczność, ale po kolei. Na jednym z portali podobnych do polskiego BlaBlarCar znalazłem osobę jadącą do Richmond, z którego łatwo mogłem dostać się do Norfolk. Umówiliśmy się o 07:15 na obrzeżach Charlottesville. Wstałem o 06:30, było zimno, ciemno, padał deszcz i pewnie dlatego za radą bezdomnego murzyna (do tej pory zastanawiam się czemu nie wydało mi się to dziwne), wsiadłem do autobusu. O tym, że autobus jechał nie w tą stronę co powinien i ludzie nic nie wiedzieli nie będę opowiadał.
Na umówione miejsce dostałem się taksówką. To była moja pierwsza jazda taxi podczas pobytu w USA. Kierowcą był murzyn, ale dość dobrze mówił po angielsku. Problem zaczął się pod koniec jazdy. W trakcie rozmowy wykazałem się niewiedzą na temat miejsca zamieszkania Thomasa Jeffersona (główne zdjęcie). Kierowca oburzył się dość mocno i przestaliśmy rozmawiać, na szczęście byliśmy już prawie na miejscu.
Kilkanaście minut po siódmej poznałem Scotta Penningtona. Scott wiedział co nieco na mój temat (umawiając się na transport opowiedziałem o sobie), więc skupiliśmy się bardziej na nim. Na dzień dzisiejszy Scott pracuje na Uniwersytecie Richmond jako konsultant / project manager przy budowie systemu do digitalizacji zasobów biblioteki uniwersyteckiej. Kilka lat wcześniej pracował dla Afrykańskiego Kongresu Narodowego, gdzie zmieniał na formę cyfrową dziedzictwo kulturowe Afryki w rejonach, gdzie nie ma nic (dosłownie nic, nawet wody). Pracował też w Indiach, Arabii Saudyjskiej i UK. Przestał z chwilą wybuchu wojny w jednym z afrykańskich państewek, w którym akurat digitalizował ustny przekaz byłych zbrodniarzy wojennych, ponieważ żona oświadczył, że jak każdy kij ma dwa końce tak on może wybrać koniec z wyjazdami albo koniec z rodziną.
Scott do pracy nie ma daleko, pod linkiem można zobaczyć trasę jaką musi codziennie pokonać.
Kilka słów o samym Richmond. Zabudowa przypomina Waszyngton, ale z nowojorskim akcentem (wyższe budynki). Poza centrum, nie wiedziałem ani jednej osoby, która chodziłaby na piechotę (chyba, że wsiadała akurat do samochodu). Jadąc miejskim autobusem byłem jedynym białym pasażerem, pewnie myśleli, że jestem z Ukrainy, Bośni albo Polski i nie poświęcali mi żadnej uwagi. Mała ciekawostka żeby zasygnalizować kierowcy chcę przystanek trzeba pociągnąć za linkę tak jak w starych, polskich tramwajach. Przystanki rozsiane są chyba co dwieście metrów. Czekając na transport do Norfolk poszedłem do przydrożnej restauracji, zamówiłem jedzenie i nie dałem rady zjeść połowy. Porcja była naprawdę wielka. Podsumowując w Richmond poczułem prawdziwą Amerykę i od razu pożałowałem, że nie mam samochodu. 

Na koniec dwie dygresje:
1. Scott studiował j. angielski, a doktoryzował się z baz danych 🙂
2. Czemu Scott zgodził się mnie podwieźć? Jakieś dwanaście lat temu pewien Polak nauczył go edycji / montażu dźwięku i Scott czuł moralny obowiązek odwdzięczyć się.

Dzięki za uwagę i chciałem poprosić o szerowanie posta na FB. Analizowałem odwiedziny na blogu i posty szerowane mają zdecydowanie większy współczynnik wejść.

PS – tutaj jest strona, a tutaj twitter Scotta.

Na piątkową noc ilustracja i moralitet, wyciągnięte z wątku detektywa.

‚You don’t have to ask’ said Milles. ‚I will reveal you this simple truth. God does not give a shit about them or him. There is no any heaven waiting for them, there is no eternal damnation for him. It’s not a crapshit tale about Hiob with sacred suffering, purification by pain. It’s only butchery by knife. Made in US by sick logic industries supported by insanity of human mind.’